Tylko u nas

Piotr Semka dla Frondy: Ameryka irytująca, ale niezbędna

Żyję dostatecznie długo, by pamiętać dwusetną rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości 4 lipca 1976 roku. Propaganda PRL bardzo zdawkowo informowała o niezwykle efektownych wówczas obchodach podwójnego millenium USA za rządów prezydenta Jimmy Cartera. Pamiętam nawet, że w polskiej komunistycznej TVP poświęcono tej rocznicy jakiś zjadliwy program. Zaproszone „gadające głowy” pochyliły się nad deklaracją, aby wykazać jej zakłamanie. Nie zabrakło oczywiście zjadliwej uwagi, że zawarte w deklaracji podkreślanie, że wszyscy ludzie są równi i mają prawo do szczęścia, stało w jawnej sprzeczności z faktem legalności niewolnictwa w ówczesnej Ameryce. Z tego wyciągano już szersze wnioski, że Declaration of Independence jest absurdem także i dziś z racji ukrytych nierówności społecznych i wszechwładzy wielkiego kapitału.

2 min czytania
Fot. Mikołaj Bujak KPRP za: Prezydent.pl
Fot. Mikołaj Bujak KPRP za: Prezydent.pl
Żyję dostatecznie długo, by pamiętać dwusetną rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości 4 lipca 1976 roku. Propaganda PRL bardzo zdawkowo informowała o niezwykle efektownych wówczas obchodach podwójnego millenium USA za rządów prezydenta Jimmy Cartera. Pamiętam nawet, że w polskiej komunistycznej TVP poświęcono tej rocznicy jakiś zjadliwy program. Zaproszone „gadające głowy” pochyliły się nad deklaracją, aby wykazać jej zakłamanie. Nie zabrakło oczywiście zjadliwej uwagi, że zawarte w deklaracji podkreślanie, że wszyscy ludzie są równi i mają prawo do szczęścia, stało w jawnej sprzeczności z faktem legalności niewolnictwa w ówczesnej Ameryce. Z tego wyciągano już szersze wnioski, że Declaration of Independence jest absurdem także i dziś z racji ukrytych nierówności społecznych i wszechwładzy wielkiego kapitału.

Ale im bardziej obrzydzano i przeszłość, i teraźniejszość tamtej Ameryki, tym bardziej moja rodzina chłonęła przed telewizorem nieliczne migawki w Dzienniku Telewizyjnym z rocznicowego pokazu fajerwerków nad Białym Domem. W mojej pamięci utkwiły ujęcia prezydenta Jimmy Cartera całującego z racji rocznicowego bankietu swoją wyniosłą i chłodną żonę Rosalynn Carter. Pamiętam, jak ponad rok później cała moja rodzina wysłuchiwała w nabożnym skupienia relacji przyjaciela domu, który miał to szczęście, że stojąc na warszawskiej ulicy, był świadkiem wizyty prezydenta Cartera w Polsce. Znajomy opowiadał nam, jak mieszkańcy stolicy skandować mieli na widok przejeżdżającej limuzyny gościa z USA hasło: „Carter! Ratuj nas!”.

Ale te parę wspomnień sprzed pół wieku dobrze pokazuje głęboko zakorzenione w naszej psychice oczekiwania wobec wielkiej Ameryki zza Atlantyku.

Ameryka jawi się w naszych oczach jako kraj ogromny i potężny, co do którego żywimy nadzieję, że jakby przyszło coś najgorszego – to nas poratuje. Poratowała nas w 1919 roku, gdy prezydent Woodrow Wilson wsparł nasze aspiracje na Kongresie w Wersalu. Potem była zdrada Franklina delano Roosvelta w Jałcie, ale osłodziło ją Radio Wolna Europa, a potem słowa otuchy dla „Solidarności” po wprowadzeniu stanu wojennego ze strony kolejnego prezydenta Ronalda Reagana.

To ugruntowało w nas oczekiwanie, że jakby co – Wujek Sam jakoś pomoże.

Czy nie powtórzyło się to, gdy oficjele Pentagonu zaczęli przebąkiwać o wycofaniu amerykańskich żołnierzy nad Wisłą i dopiero osobista interwencja Donalda Trumpa rozwiała takie spekulacje? Czy nasze zapatrzenie w wielkie Stany Zjednoczone to ulubiony temat szyderstw naszych domorosłych ironistów z lewa, ale i od pewnego czasu także z prawa? Trudno nawet już wyliczyć, ile razy już proklamowano rzekomy jawny sojusz żółtowłosego prezydenta USA z Władimirem Putinem. A jednak jakoś ten alians nie chce się wyklarować, a Ameryka ciągle iluś Polaków skłania do wiary w jej pomoc. Czy koniecznie musimy się rozstawać z tą wiarą?

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej