Polityka

Ukraina chciała zastąpić wojska amerykańskie w Polsce

Jak podają media, premier Ukrainy Denys Szmyhal przedstawił propozycję, która w Polsce mogła wywołać znacznie poważniejszą debatę niż zwykłe komentarze o „europejskiej armii”. W opublikowanym w „Politico” tekście szef ukraińskiego rządu przekonywał, że po wejściu Ukrainy do Unii Europejskiej jej siły zbrojne mogłyby stać się „kręgosłupem” wspólnej armii europejskiej. Co więcej, ukraińskie wojsko mogłoby wtedy stać się „alternatywą” dla obecności armii Stanów Zjednoczonych w Europie.

4 min czytania
Fot. screenshot YouTube (Forbes Breaking News)
Fot. screenshot YouTube (Forbes Breaking News)
Jak podają media, premier Ukrainy Denys Szmyhal przedstawił propozycję, która w Polsce mogła wywołać znacznie poważniejszą debatę niż zwykłe komentarze o „europejskiej armii”. W opublikowanym w „Politico” tekście szef ukraińskiego rządu przekonywał, że po wejściu Ukrainy do Unii Europejskiej jej siły zbrojne mogłyby stać się „kręgosłupem” wspólnej armii europejskiej. Co więcej, ukraińskie wojsko mogłoby wtedy stać się „alternatywą” dla obecności armii Stanów Zjednoczonych w Europie.

To nie jest już wyłącznie dyskusja o pomocy dla Ukrainy. To propozycja strategicznej, ale i niebezpiecznej, zmiany układu bezpieczeństwa w Europie Środkowej. Szmyhal pisał, że ukraińska armia, zaprawiona w wojnie z Rosją, mogłaby zastąpić część roli, jaką pełnią dziś siły USA. Przypominał, że Amerykanie utrzymują w Unii Europejskiej ponad 65 tys. żołnierzy, a największe kontyngenty stacjonują m.in. w Niemczech, Włoszech i Hiszpanii. W praktyce oznaczałoby to, że również Polska – jako państwo frontowe NATO i jeden z najważniejszych punktów amerykańskiej obecności wojskowej w regionie – musiałaby liczyć się z pomysłem wejścia Ukrainy w rolę „nowego gwaranta bezpieczeństwa” Europy.

Szmyhal argumentował, że „połączenie potencjału finansowego UE z doświadczeniem wojskowym Ukrainy” mogłoby stać się podstawą dalszej współpracy. Premier Ukrainy chwalił się też skalą rozwoju ukraińskiej produkcji dronów i doświadczeniem zdobytym na froncie. Według niego żadna inna armia europejska nie posiada obecnie tak praktycznej wiedzy o współczesnej wojnie.

Problem polega jednak na tym, że z polskiej perspektywy ta propozycja brzmi co najmniej dwuznacznie. Polska od lat opiera swoje bezpieczeństwo na NATO, strategicznym partnerstwie ze Stanami Zjednoczonymi i obecności amerykańskich wojsk. Zastępowanie tego filaru armią państwa, które samo jest w stanie wojny, nie należy do pomysłów neutralnych. To nie byłoby zwykłe „wzmocnienie Europy”, ale głęboka przebudowa architektury bezpieczeństwa na wschodniej flance.

W tym kontekście szczególnie niepokojące jest to, że ukraińska propozycja pojawia się równolegle z ofertą surowcową. Szmyhal wskazywał, że Ukraina posiada ogromne zasoby minerałów krytycznych, w tym litu, tytanu i uranu. Przekonywał, że Kijów jest gotów tworzyć z Unią Europejską wspólne przedsięwzięcia wydobywcze. To wyraźny sygnał polityczny: Ukraina przedstawia siebie nie tylko jako państwo walczące z Rosją, ale także jako przyszłego „dostawcę bezpieczeństwa”, surowców i strategicznych zasobów dla Europy.

Taka narracja ma oczywiście swoją logikę. Kijów chce pokazać, że członkostwo Ukrainy w UE nie byłoby wyłącznie kosztem, lecz także inwestycją. Ukraińskie czarnoziemy, przemysł zbrojeniowy, produkcja dronów i złoża surowców mają przekonać europejskie stolice, że Ukraina może stać się aktywem, a nie ciężarem. Jednak dla Polski kluczowe pytanie brzmi: czy interes Warszawy rzeczywiście polega na tym, by po latach zabiegania o obecność Amerykanów otwierać drzwi do koncepcji, w której ich miejsce zajmowałaby armia ukraińska, a bezpieczeństwo naszego kraju miałoby zostać przekazane cywilizacji turańskiej oraz spadkobiercom i propagatorom banderyzmu?

Nie można też pominąć politycznego tła tej sprawy. Tego typu propozycje mogą być odczytywane jako próba wywarcia presji na Polskę i inne państwa regionu: albo szybka integracja Ukrainy z UE i uznanie jej za filar europejskiego bezpieczeństwa, albo ryzyko osłabienia wschodniej flanki. W skrajnej interpretacji może to wyglądać jak forma politycznego zastraszania: Kijów sugeruje, że bez Ukrainy Europa nie poradzi sobie z Rosją, a więc powinna zaakceptować ukraińskie warunki, aspiracje i wrażliwości historyczne.

Dla Polski szczególnie drażliwy pozostaje problem pamięci historycznej. W ostatnich latach wielokrotnie wracały spory dotyczące kultu Stepana Bandery, OUN i UPA. Instytut Pamięci Narodowej przypomina, że sprawcami ludobójstwa na Polakach w latach 1943–1945 były Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów frakcji Bandery oraz Ukraińska Powstańcza Armia. Sejm RP w uchwale z 22 lipca 2016 roku oddał hołd ofiarom ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej. Dlatego każda próba przykrywania tych problemów wielkimi hasłami o „europejskiej armii” i „wspólnym bezpieczeństwie” musi budzić sprzeciw.

Z polskiego punktu widzenia nie wolno pozwolić, by temat wejścia Ukrainy do struktur Zachodu służył odwracaniu uwagi od promowania banderyzmu, relatywizowania zbrodni OUN-UPA czy budowania tożsamości państwowej na postaciach i formacjach odpowiedzialnych za antypolską przemoc. Ukraina ma prawo bronić się przed rosyjską agresją i zabiegać o wsparcie Zachodu. Polska ma jednak prawo domagać się prawdy historycznej, ekshumacji ofiar, potępienia ludobójstwa oraz jasnej gwarancji, że żadna ideologia gloryfikująca faszyzujące ruchy nacjonalistyczne i faszystowskie nie będzie tolerowana w państwie aspirującym do Unii Europejskiej.

W tej sprawie nie chodzi więc tylko o wojsko. Chodzi o pytanie, kto ma realnie gwarantować bezpieczeństwo Polski. Czy ma to być NATO i Stany Zjednoczone, czy też projekt europejskiej armii zdominowanej przez Ukrainę, państwo znajdujące się w wojnie, uwikłane w nierozwiązane spory historyczne z Polską i coraz śmielej przedstawiające się jako niezbędny warunek bezpieczeństwa kontynentu?

Propozycja Szmyhala może być w Kijowie traktowana jako zręczny manewr dyplomatyczny. W Warszawie powinna być jednak potraktowana jako ostrzeżenie. Polska nie może pozwolić, by pod hasłami europejskiej solidarności ktokolwiek osłabiał fundament naszego bezpieczeństwa, jakim pozostaje obecność USA i NATO. Nie może też zgodzić się na to, by kwestie surowców, wojsk i geopolitycznych ofert przykrywały problem pamięci o ofiarach ukraińskiego nacjonalizmu.

Ukraina chce wejść do Unii Europejskiej jako państwo walczące, doświadczone i potrzebne Zachodowi. Ale jeżeli chce być traktowana jako przyszły filar europejskiego bezpieczeństwa, musi najpierw jasno odpowiedzieć na pytania, których Polska nie ma prawa odpuścić: o Wołyń, o kult Bandery, o stosunek do UPA i o granice politycznej presji wobec państwa, które od początku rosyjskiej inwazji udzieliło Ukraińcom ogromnej pomocy.

Wiktor Logosławski

___________________

Źródła: Politico, Ukrinform, Forsal.pl, The Guardian, Fronda.pl

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej