Tylko u nas

Piotr Semka dla Frondy: Imadło Magyara

Jak to często bywa, wraz z odsunięciem od władzy prawicy – europejskie media liberalne tracą zainteresowanie danym krajem. Nie inaczej jest z Węgrami. Gdy tylko wybory parlamentarne wygrał lider partii Tisza – Peter Magyar i odsunął od władzy konserwatystę Wiktora Orbana – światowe media jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestały interesować się krajem Madziarów. Tymczasem na Węgrzech dokonuje się proces, który dobrze znamy z Polski po objęciu władzy przez Donalda Tuska i Koalicję 13 grudnia. Magyar odbija kolejne instytucje i de facto tworzy nowy monopol władzy.

2 min czytania
Fot. screenshot YouTube (Magyar Péter Hivatalos)
Fot. screenshot YouTube (Magyar Péter Hivatalos)
Jak to często bywa, wraz z odsunięciem od władzy prawicy – europejskie media liberalne tracą zainteresowanie danym krajem. Nie inaczej jest z Węgrami. Gdy tylko wybory parlamentarne wygrał lider partii Tisza – Peter Magyar i odsunął od władzy konserwatystę Wiktora Orbana – światowe media jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestały interesować się krajem Madziarów. Tymczasem na Węgrzech dokonuje się proces, który dobrze znamy z Polski po objęciu władzy przez Donalda Tuska i Koalicję 13 grudnia. Magyar odbija kolejne instytucje i de facto tworzy nowy monopol władzy.

Pierwszą linią jego politycznej ofensywy jest żądanie odejścia prezydenta Tamása Sulyoka. Jaka jest przewina obecnej głowy państwa? Magyar uważa, że obecny prezydent wybrany przez poprzedni, zdominowany przez Fides parlament – nie ma moralnego prawa do pozostawania na swoim stanowisku. Ale ta ostentacja zaczyna budzić sprzeciw tych, którzy z niepokojem patrzą, że wszystkie organy władzy przejmuje Magyar, ten sam polityk, który o taką monopolizację władzy oskarżał jeszcze niedawno Wiktora Orbana.

 

Na razie Magyar ogłasza, że jego oczekiwaniem jest dobrowolne odejście prezydenta z funkcji. Ale prezydent się na to nie zgadza. Oczywiście lider Tiszy ma większość 2/3 w parlamencie i może zmienić konstytucję tak, aby odwołać prezydenta poprzez zmianę w ustawie zasadniczej. Ale tutaj zaczynają się schody. Bo Tisza to konglomerat polityków z różnych stron, którzy zjednoczyli się, aby obalić Orbana. Ale Orban jest już wysadzony z siodła i teraz rozmaici sojusznicy Magyara zgromadzeni w partii Tisza zaczynają stawiać swoje żądania. I dlatego nie wyrażą zgody na odwołanie prezydenta bez spełnienia swoich własnych życzeń politycznych. Póki co wszystkich połączyła akcja przeforsowania uchwały, która ustanawia, że ktoś, kto był już premierem więcej niż jedną kadencja (Orban miał już trzy kadencje), nie może być nim w przyszłości.

 

Oczywiście chodzi o to, aby wykluczyć nawet teoretyczną możliwość powrotu Orbana do władzy. Ale znów nowa ustawa wzbudza krytykę prawoznawców, którzy krzywią się na to, że nowe prawo działa wstecz. W dojrzałych demokracjach takie nowe prawo pilnowałoby jedynie, żeby nowi premierzy nie byli wiecznymi szefami rządów. Ale jak to bywało także w wypadku ekipy Tuska, ludzie Magyara uważają, że można łamać dobre zasady prawne, byle tylko wyrwać Węgry z „orbanizmu”. Ale szybko nowy parlament ma przeforsowywać kolejne akty prawne, które mają przejmować majątek fundacji powołanych przez rząd. I tak jak z polskich doświadczeń wiemy, bardzo szybko może okazać się, że w imię demokracji pluralizmu, za chwilę już żadnego na Węgrzech pluralizmu nie będzie. Warto bardzo dokładnie przyglądać się temu, co będzie się działo nad Dunajem.

 

 

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej