Rosja

Radosław Rzeszotek: Zbliża się koniec Rosji w takim kształcie

„Zbliża się koniec Rosji w kształcie, jaki obecnie znamy. Choć wojna w Ukrainie nauczyła nas, że jej przebieg wywołuje niespodziewane zmiany, to jednak symptomy zbliżającego się załamania władzy Putina są czytelne. To dla nas bardzo dobra wiadomość. Zła jest taka, że ranny niedźwiedź zazwyczaj atakuje” – pisze w mediach społecznościowych Radosław Rzeszotek.

3 min czytania
Fot. kremlin.ru
Fot. kremlin.ru
„Zbliża się koniec Rosji w kształcie, jaki obecnie znamy. Choć wojna w Ukrainie nauczyła nas, że jej przebieg wywołuje niespodziewane zmiany, to jednak symptomy zbliżającego się załamania władzy Putina są czytelne. To dla nas bardzo dobra wiadomość. Zła jest taka, że ranny niedźwiedź zazwyczaj atakuje” – pisze w mediach społecznościowych Radosław Rzeszotek.

Dziennikarz zwraca uwagę na kumulację kryzysów, które dotykają Rosję w ostatnich miesiącach. Pierwszym jest kryzysów gospodarczy.

- „Jest w Rosji takie porzekadło, że rewolucji nie będzie tak długo, jak telewizor będzie ważniejszy od lodówki. Dziś lodówki Rosjan zaczęły świecić pustkami, a to oznacza, że płynące z telewizora opowieści o nieustannych zwycięstwach rosyjskich wojsk na Ukrainie irytują, a nie budują narodowego ducha. Stan gospodarki jest zły, a być może nawet fatalny. Budżety federalny i regionalne kurczą się błyskawicznie. Inflacja zjada zyski ze sprzedaży ropy i gazu, pauperyzuje społeczeństwo, a fala bankructw wręcz morduje sektor prywatny. Gospodarka funkcjonuje w zasadzie tylko dzięki przemysłowi zbrojeniowemu. Deficyt rośnie, rezerwy złota się kurczą, a wojna domaga się pieniędzy więcej i więcej. Spirala się rozkręciła - zapaść jest nieunikniona. Pytanie brzmi - jak głęboka ona będzie”

- zauważa.

Rosjanie nie odnoszą też znaczących sukcesów na froncie. Ukraina, jak zauważa autor, cieszy się przy tym przewagą technologiczną, a Rosjanie tracą więcej żołnierzy niż są w stanie mobilizować. Tymczasem wojna nie toczy się już tylko na Ukrainie, ale doświadczają jej mieszkańcy rosyjskich prowincji.

- „Za sprawą ataków na rafinerie i inne obiekty krytyczne, Ukraińcy nie tylko skutecznie uderzają w zyski z eksportu ropy, to jeszcze sprytnie przenieśli wojnę wprost na rosyjskie podwórka. Zwykli Rosjanie odczuwają już nie tylko braki na stacjach benzynowych, ale coraz częściej doświadczają wycia syren i lęku przed nadlatującymi dronami. To w połączeniu z rosnącą biedą może doprowadzić do wybuchu niezadowolenia - nie tylko na ulicach Moskwy czy Petersburga, ale także na prowincji. Gdyby to się stało, władza zachwieje się w posadach”

- pisze Rzeszotek.

Dalej autor zwraca uwagę na coraz słabszą pozycję Kremla na arenie międzynarodowej.

- „Z jego orbity wpływów zniknęła najpierw Syria, później Wenezuela, a wkrótce ich los zapewne podzieli Kuba. Na planszy został wprawdzie Iran, który nie uległ amerykańsko-izraelskiej presji, jednak jego zdolności zostały radykalnie zmniejszone. Ostatnim sojusznikiem jest dziś Korea Północna, bo coraz trudniej nazywać nim Chiny, które wykorzystały wojnę w Ukrainie do uczynienia z Rosji junior-partnera, z czego rosyjskie elity doskonale zdają sobie sprawę. Jedynym promykiem nadzieli dla Władimira Putina pozostaje Donald Trump, który swoją chaotyczną polityką i postępującą degrengoladą intelektualną kreuje korzystne dla Kremla incydenty”

- podkreśla.

Na koniec dziennikarz wskazuje na coraz bardziej otwartą, publiczną krytykę Putina w Rosji.

- „Choć wiele wskazuje na to, że radykalny zwrot nadchodzi, nie znaczy to, że faktycznie do niego dojdzie. Dziś Rosja ma tylko dwie drogi - pozostać w wojnie lub ją zakończyć. To drugie wyjście póki co dla władzy wydaje się być bardziej ryzykowne. A to prowadzi do wniosku, że Władimir Putin trwać będzie przy swojej wizji Wielkiej Rosji do samego końca. Swojego lub jej”

- podsumowuje.

 

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej